Dziecięce eskapady nie kończą się nigdy

Niektórzy kolekcjonują motyle, inni zdzierają gardło na meczach piłkarskich lub pod ambasadami. My fotografujemy opuszczone budynki.

Eksploracja miejska to spolszczona nazwa angielskiego terminu „urban exploration”. Większość zainteresowanych nazywa tę dziedzinę po prostu urbeksem. Zjawisko to obrosło przez ostatnie lata wieloma bardziej lub mniej uzasadnionymi kontrowersjami, tworzonymi głównie przez samych eksploratorów. Koniec końców urbeks to najczęściej zwiedzanie opuszczonych budynków – jest to kontynuacja i rozwinięcie dziecięcych eskapad. Eksploracja miejska dotyka całej tkanki miasta. Niekórzy popychają granice tej dziedziny w zaskakujące rejony, infiltrując np. metro warszawskie, wwiercając się do komend dowodzenia z czasów drugiej wojny światowej w katakumbach pod Paryżem czy wspinając na szczyt niewybudowanego jeszcze londyńskiego wieżowca Shard.

Japońska wyspa Hashima, wykorzystana m.in. przy kręceniu przygód Jamesa Bonda w filmie Skyfall.

W tym nietypowym połączeniu fotografii ze sportem niektórych interesuje przebywanie w środowisku rodem ze „Stalkera” Tarkowskiego, wśród rozpadających się ścian i łuszczącej się farby. Innych pociąga zastrzyk adrenaliny, omijanie stawianych na drodze środków ochrony i zabezpieczneń. Jeszcze innych motywuje przede wszystkim okazja do zrobienia nietypowego zdjęcia. Wszyscy łączą się pod wspólną banderą szeroko pojętej przygody.

Większość z eksploratorów wychodzi z podobnego założenia: środowisko miejskie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Owszem, mamy kina, teatry, centra handlowe, parki rozrywki, baseny, lodowiska, dyskoteki, restauracje, stadiony piłkarskie, galerie handlowe (sic!), ściany wspinaczkowe. Miejsca specjalnie wyznaczone do spędzania wolnego czasu, po uprzednim opłaceniu odpowiedniej kwoty. Jednak pośród tego całego wyboru, wybór tak naprawdę tracimy.

Wnętrze warszawskiej gazowni na Woli.

Coraz rzadziej chce się nam wychodzić poza strefę komfortu i zrobić coś, czego nie ma w przewodniku Lonely Planet. Stajemy się coraz bardziej zależni, tracimy inicjatywę i pewność siebie. Pozostaje ciągłe czekanie na to, że ktoś inny za nas wybierze, zadecyduje o kolejnym kroku, podszepnie dobry pomysł. Ludzie wkraczając w dorosłość spodziewają się upragnionej wolności wyboru, niestety większość kończy z ręką w nocniku.

Eksploracja miejska przeciwstawia się teorii, że skoro wszystko zostało już zrobione i powiedziane, najlepiej dać sobie spokój i obejrzeć serial w telewizji, albo iść się napić. Mnie samemu urbeks pomógł utrzymać i nawiązać kontakt z wieloma ciekawymi ludźmi oraz poznać miejsca, których nigdy inaczej bym nie zobaczył, a nawet o nich nie wiedział. Eksploracja odkurzyła moje poglądy i nastawienie do świata. Właśnie dlatego potrzebujemy w życiu różnych pasji, bo każdy z nas do rozwoju potrzebuje nowych bodźców.

Księgozbiór w jednym z opuszczonych angielskich dworków.

W pewnym sensie mój stosunek do urbeksu tłumaczy cytat z Bukowskiego: „Wszędzie panuje chaos. Ludzie po prostu rzucają się na wszystko w zasięgu ręki: komunizm, zdrową żywność, zen, surfing, balet, hipnozę, terapię grupową, [...] szyte na miarę garnitury, podróże odrzutowcem do Nowego Jorku, dokądkolwiek… Te fascynacje zmieniają się nieustannie, mijają, ulatują bez śladu. Ludzie po prostu muszą znaleźć sobie jakieś zajęcia w oczekiwaniu na śmierć. To chyba dobrze, że istnieje jakiś wybór”.

Jedna z klas w przedszkolu “Złoty kluczyk” w Prypeci.

Czasem dzieje się tak, że działania ludzi związanych z eksploracją zwracają uwagę opinii publicznej na budynki, które jeszcze da się uratować. Od lat prowadzona jest np. batalia o odratowanie londyńskiej elektrowni Battersea, a nasz rodzimy Kozubnik w końcu doczekał się inwestora. Niekiedy opuszczone budynki są zbyt wartościowe historycznie, aby cokolwiek z nimi robić. Tysiące ludzi dają świadectwo tragedii, odwiedza co roku ukraińską Prypeć czy A-bomb Dome w Hiroszimie.

Istnieje też i ciemna strona urbeksu. Eksploratorzy pomimo nieoficjalnego credo „take only photos, leave only footprints” lubią czasem przygarnąć kilka rzeczy, albo coś popsuć. Niekiedy samo nagłośnienie istnienia danego budynku może doprowadzić do zniszczeń i kradzieży przez osoby niepowiązane ze środowiskiem. Jak to mówią, nie ma dymu bez ognia, nawet Bogu ducha winni kolekcjonerzy motyli muszą je przecież najpierw uśmiercić.

[Artykuł został opublikowany w tygodniku internetowym Kontakt.]

No comments:

Post a Comment